Autor Wątek: PIELGRZYMKA DO RZYMU  (Przeczytany 2168 razy)

Offline renata2-1906

  • początkujący
  • *
  • Wiadomości: 5
    • Zobacz profil
PIELGRZYMKA DO RZYMU
« dnia: Maj 18, 2011, 21:56:39 »
PIELGRZYMKA DO RZYMU

Kolejna pielgrzymka w moim życiu. Tym razem zupełnie inna od poprzednich, tym razem autokarowa.
Rozpoczyna się 27 kwietnia, Mszą św. w Białej Podl.
I cel pielgrzymki jest inny niż poprzednie, inny niż Jasna Góra. Tym razem jest Rzym. Wizyta u św. Piotra na beatyfikacji papieża Jana Pawła II.
Jadę na Wielką Ucztę do Ojca św. Jana Pawła II, na ucztę w niezwykłym dniu, bo w święto Miłosierdzia Bożego.
Na Mszę świętą do Wielkiego człowieka naszych czasów, na Mszę, która wydarzyć się może raz na tysiąc lat.

Jest nas w autokarze 49 osób i tyleż samo oddzielnych refleksji i doznań wewnętrznych. Tak samo każdy z setek, tysięcy pielgrzymów, obecnych na uroczystości beatyfikacyjnej, ma w sobie tylko jemu wiadome przeżycie tego błogosławionego czasu, każdy inne.
Ja, od chwili wyjazdu, oczami swojej wyobraźni, widzę przed sobą na trzeciej części nieba Ojca św. Jana Pawła II, podpartego dłonią i patrzącego na nas z góry z radosnym uśmiechem na twarzy. Zupełnie jakby wyglądał przez okno. Ilekroć spojrzę w niebo, ten obraz mam ciągle przed sobą, zarówno w drodze do Rzymu jak i z powrotem.

29 kwietnia, po dwóch dniach drogi w modlitewnym rozmodleniu, jesteśmy w Asyżu u św. Franciszka. 
Wjeżdża się wysoko na zbocze, po lewej stronie pojawiają się wspaniałe średniowieczne budowle, za chwilę kolejne. Wchodzimy w obręb miejskich murów i wąskimi uliczkami idziemy w kierunku Bazyliki św. Franciszka. Te boczne uliczki są oczywiście ciche, urokliwe i przepięknie. 
W przeddzień kończę 9-dniową nowennę do św. Franciszka, rozpoczętą jeszcze przed wyjazdem  i towarzyszącą jej litanię do świętego.
Nawiedzamy grób z relikwiami św. Franciszka, przy którym odmawiam cały różaniec.
Nawiedzamy grób z relikwiami św. Klary.
Mimo natłoku turystów w tym mieście obecna jest wszechogarniająca cisza, która emanuje z murów, ulicy i dźwięczy w okolicznym krajobrazie. Bazylika św. Franciszka, bazylika św. Klary i dalej w drogę.
Czuję niedosyt, chcę usiąść tam na kamieniu i zostać.
Muszę przyznać, że Asyż pomijając ważność osoby św. Franciszka jest miejscem szczególnie urokliwym.
Tam po prostu chce się zobaczyć każdą uliczkę, każdej uliczce zrobić zdjęcie, na każdej zatrzymać się.
Już z drogi robi dostojne wrażenie. Zwrócony na południe, położony na stoku przyciąga oczy. 
Nie chcę tu szerzej opisywać, co widzę lub co warto zobaczyć, gdyż pod tym względem moje odczucia całkowicie zgadzają się z tym, co polecają przewodniki. Oczywistym jest, że trasę wyznaczają miejsca związane z życiem św. Franciszka i jego siostry św. Klary. Wiadomo również, że te miejsca-miejsca kultu religijnego-stanowiły natchnienie dla wielkich artystów tej epoki i podziwianie ich dzieł to drugi wyznacznik zwiedzania Asyżu. Ale moim skromnym zdaniem warto zwrócić uwagę na trzeci czynnik, który w świetle dwóch poprzednich jakby umyka. Jest nim osobliwe piękno tego miasta, które nie bardzo potrafię opisać. Piękno średniowiecznych budowli wykonanych często z biało-różowego kamienia, nadaje im ciepły, klimatyczny nastrój.

30 kwietnia w rocznicę kanonizacji św. Faustyny, jedziemy do Rzymu na cały dzień i nocne czuwanie.
W przeddzień kończę 9-dniową nowennę do Miłosierdzia Bożego  i nowennę do św. Faustyny z towarzyszącymi im litaniami, rozpoczęte jeszcze w domu. 
Zwiedzamy m.in Bazylikę św. Jana na Lateranie. Koloseum, największy symbol Wiecznego Miasta, starożytną budowlę owianą legendami. Tym trudniej przejść obok niej obojętnie, bowiem znajduje się w ścisłym centrum, pomiędzy bazyliką na Lateranie a Forum Romanum. W samym sercu Rzymu, na urokliwym Piazza della Rotonda widzimy jeden z najważniejszych zabytków starożytnego świata, Panteon. Zwiedzamy Forum Romanum, miejsce to przypomina nam o potędze Starożytnego Rzymu. Antyczne kolumny i pozostałości wielkich świątyń wciąż stoją majestatycznie pośrodku miasta, nieopodal Kapitolu. Po lewej stronie rzeki Tyber, niedaleko Watykanu, widzimy  zamek św. Anioła nazywany inaczej Mauzoleum Hadriana. Uczestniczymy we Mszy św. w kościele polskim św. Stanisława.

Ok godz 20.30 oczekujemy juz na wejście, wśród tłumu pielgrzymów, przed zamkniętą ulicą Via Della Concilliazione prowadzącą do Placu św. Piotra. Ulica zamknięta jest dla pielgrzymów do godziny 2.30
Do tego czasu modlimy się, śpiewamy, wielbimy Boga. Wśród nas, w niezwykle słodkich trudach tej niecodziennej nocy, daje się wyraźnie odczuć obecność naszego Ojca św. Jana Pawła II.
Rozmawiam z nim długo w swoim sercu. Już teraz zawierzam mu wszystkie sprawy, z którymi tu jestem, wszystkie powierzone mi na tan czas intencje, i tę ważną powierzoną mi prze Ks. Marka, Przewodnika naszej 11-ki, dotyczącą spraw pielgrzymki, czyli naszego wspólnego dobra. Każdego pielgrzyma obejmuję modlitwą, każdą osobę duchowną spotkaną na swojej drodze i zawierzem ich opiece Ojca świętego. Polecam mu sprawy tych, których noszę w swoim sercu, sprawy ludzi zdrowych i tych bardzo chorych. Proszę, aby wstawiał się za nami u dobrego Boga. 
Ze wszystkich stron dochodzą setki pielgrzymów różnych narodowości. Jedni siedzą, inni stoją, jeszcze inni śpią na ulicach.
Po godzinie 2 w nocy ochrona otwiera na chwilę wejście na ul. Via Della Concilliazione  wpuszczając pierwszą turę pielgrzymów. Wszyscy wstają i w niesamowitym tłoku napierają w stronę tej ulicy. My chcemy wejść razem, całą grupą, by nie pogubić się w przeogromnym tłumie.
Po 15 minutach nasza 49 osobowa grupa rozsypuje się w tłumie niczym garstka ziaren rzucona w przeogromny wór. Napierający tłum rozdziela nas z minuty na minutę coraz bardziej. Przechodzimy przez pierwszą bramkę. Z ulgą łapiemy oddech, lecz po kilkudziesięciu krokach stojąc już na ul. Via Della Concilliazione, jesteśmy znów w takim samym tłumie.
Wpuszczanie pielgrzymów na Plac św. Piotra zapowiedziane jest na godzinę 5.30 

Z daleka, w głębi widać Bazylikę, wydaje się, że jest w zasięgu ręki, lecz to tylko takie złudzenie optyczne.
Jeszcze przed nami długa droga do Placu św. Piotra.
Stoimy w połowie ulicy dzielącej nas od Placu. Przed nami ustawiony jest wielki telebim. Ludzie zajmują w pośpiechu miejsca przed nim, myśląc, że na Plac już się nie dostaną. Robię to samo co inni. Siadam kilkanaście metrów przed telebimem.
Nie mam w sobie radości. Przeciwnie. Ogarnia mnie wielki smutek. Jestem u Ojca św. i będę siedzieć tak jakby na schodach jego domu, przed wejściem. Tylko tą myśl mam w głowie siedząc tam.
Nie użalam się przed Panem Bogiem. W swoim wnętrzu pokornie przyjmuję to co mnie spotyka.
Kilkanaście kroków przed sobą, w tłumie, widzę przewodnika Karola,  który z zaledwie garstką osób z naszej grupy zaczyna wolno iść w stronę Placu z innymi.
W jednej chwili wstaję i idę za nimi. Zatrzymuję się w odległości dwóch latarni od Placu św. Piotra. Dochodzę do przewodnika, który wyjaśnia, że ulica Via Della Concilliazione mieści 250 tysięcy osób a Plac św. Piotra ponad 300 tysięcy, zatem już wiem, że mamy dużą szansę wejść na Plac, gdyż weszliśmy na tą ulicę w pierwszej turze. 
Ojciec święty zna moje myśli, wie jak bardzo pragnę być najbliżej niego, najbliżej ołtarza Pana. I choć nie proszę go o więcej, niż miejsce, w którym stoję, to dusza moja, siłą tęsknoty, sama, jak ptak chce wyrwać się z mego ciała i przelecieć ponad wszystkimi, by tam być.
Stoimy w stłoczonym tłumie. Już nawet nie można zrobić kroku w żadną stronę.
W tym tłumie jesteśmy dwie, ja i Tosia, młoda dziewczyna z naszej pielgrzymki. Reszta grupy rozpierzchła się.
My trzymamy się siebie kurczowo i nie odstępujemy jedna od drugiej nawet na pół kroku. Tosia mocno trzyma mnie za ramię i gdy tylko tłum po raz kolejny rusza do przodu jakby swoim ciałem przykleja się do mnie. Widzę jak bardzo chce wejść na Plac św. Piotra.
Pyta mnie kilka razy czy wejdziemy.
Poproś Ojca świętego  - mówię - by nas przyjął, on dziś nikomu nie odmówi. Odpowiadam jej krótko, po czym dodaję  - nie martw się, obiecuję ci, że wejdziemy. Mówię to z wielką ufnością, czując, jak radosny duch Ojca świętego unosi się nad nami, jak bardzo jest obecny wśród nas.
Stojąc, modlę się. Wspólnie śpiewamy, wielbimy Boga, Matkę Najświętszą.
Długo rozmawiam z Ojcem świętym Janem Pawłem II w swoim wnętrzu. Nic mi w tym nie przeszkadza, ani stojący obok tłum, ani zmęczenie i nieprzespana noc,  ani uporczywy ból nóg. Czuję jego obecność i bliskość  wśród nas. Oczami swojej wyobraźni nieustannie widzę jego zatroskaną o nas twarz, a na niej ciepły uśmiech, dający przedziwne ukojenie i radość w sercu nie do opisania.
Kolejna bramka, znów kilkadziesiąt kroków do przodu. Minęliśmy ulicę prowadzącą do Placu i stoimy w jego przedsionku.
Każdy pokonany odcinek jest w równej mierze trudny i w takiej samej niesamowicie słodki.
Jest to jedyny w swoim rodzaju czas i bez wątpienia jedyna w swoim rodzaju droga do pokonania, której nie da się porównać z niczym.
Droga trudna, a jakże piękna! Czuję bliskość Boga.
Pewnie dlatego ta noc i jej wszystkie trudy wydają się być aż tak słodkie.
Mijamy ostatnią bramkę, gdzie zostają prześwietlone nasze bagaże. W pośpiechu z nieukrywaną radością, łapię za rękę Tosię i pociągam za sobą. Wchodzimy na Plac św. Piotra. 
Obraz Bazyliki, jaki wyłania się moim oczom, robi na mnie niesamowite wrażenie. Czuję jakbym stała u bram nieba.  
Z zachwytu milknę w swoim wnętrzu.
Tu można jedynie wielbić Boga za dzieła jakie są stwarzane na Jego cześć.
W świetle budzącego się dnia Bazylika wygląda jak potężna w swej istocie, a zarazem filigranowo-porcelanowa, brama nieba, jaśniejąca niezwykłym blaskiem.
Pielgrzymi wchodzący na Plac w pośpiechu udają się do sektorów, by zająć miejsca.
Ja zatrzymuję Tosię.
Uklęknijmy - mówię - podziękujmy Ojcu świętemu, że zechciał nas przyjąć.
Klękamy. Z dziękczynieniem pochylamy głowy, robimy znak krzyża i w kilku słowach wyrażamy Ojcu świętemu naszą wdzięczność. Inni rozchodzą się na boki, do sektorów, a my dwie klęczymy z Tosią pośród nich, dziękując za łaskę, jaką właśnie otrzymałyśmy.
Jest to moment, który z całej pielgrzymki najbardziej przenika moje wnętrze.
Jest to moment, w którym najbardziej czuję przy sobie bliskość i obecność Ojca świętego Jana Pawła II.
Czy jest to chwila, w której właśnie spłynęło na mnie jego błogosławieństwo? Na mnie i na Tosię ?
Myślę, że jest to wielce prawdopodobne.
Po chwili siedzimy z Tosią w naszym sektorze, w niedalekiej odległości od ołtarza.
Z woli Pana Boga uczestniczę  w największej Uczcie mego życia. Uczcie Słowa na ołtarzu Pana i uczcie Eucharystycznej, podczas której największy z Polaków a może i całej ziemi, zostaje beatyfikowany. Dziękuję dobremu Bogu, Ojcu świętemu, że zaprosił mnie tę Wielką Ucztę. 
Nie da się wyrazić w słowach tego co dzieje się w mojej duszy.
W lekkim powiewie wiatru, na Placu świętego Piotra, czuje się obecność Ducha Świętego, czuje się obecność błogosławionego Jana Pawła II.
Nieustannie czuje się bliskość Boga. 
Będąc pośród setek, tysięcy osób dookoła, nikt, ani nic, nie jest w stanie rozproszyć mojej uwagi, mojej modlitwy, rozmowy z Panem. Tu jestem ja i mój Bóg.
Na przekór deszczowym prognozom z poprzedniego dnia, ja, zapewne jako jedyna z grupy, zabieram ze sobą na Mszę św. okulary słoneczne, gdyż czuję, że na tak wielkiej uroczystości nie meteorolodzy, lecz Góra sama ułoży swój scenariusz.
Z doświadczenia wiem, że gdy wspólnie raduje się ziemia i niebo, podczas dużych uroczystości, wtedy na czas Mszy św. nie pada, lecz prawie zawsze świeci słońce.
Wbrew wcześniejszym przewidywaniom, jakby na przekór wszystkiemu i wszystkim, 1-go  maja nad Bazyliką Watykańską widać jedynie błękit nieba, tylko lekki, ciepły, niesamowicie przejmujący wiatr, owiewa każdego z tu obecnych. Zupełnie jakby, specjalnie między nami, przechadzał się swym powiewem.
Czuję, że zawiera w sobie w sobie wyjątkową moc.

Po Mszy świętej nawiedzam grób z relikwiami błogosławionego Jana Pawła II.
Przychodzi mi to z ogromnym trudem i umęczeniem. W nieporozumieniu, z częścią tłumu opuszczam Plac św. Piotra i udaję się na umówione miejsce spotkania całej naszej grupy. W celu rozładowania ogromnej rzeszy pielgrzymów, kolejne ulice zostają zamykane przez ochronę, więc muszę pokonać o wiele dłuższą drogę by tam dotrzeć.
W wyznaczonym miejscu i czasie nikogo nie spotykam. Nie mam przy sobie telefonu i nie wiem gdzie są wszyscy.
Z pomocą policjanta kontaktuję się z przewodnikiem grupy. Okazuje się, że są na progu Bazyliki Watykańskiej,
przed wejściem do trumny z Relikwiami Ojca świętego. Każą mi zostać i na nich czekać.
Ogarnia mnie żal, smutek nie do opisania, bezradność. Coś we mnie podpowiada mi bym wróciła.
Zostały zaledwie trzy godziny do kolejnego umówionego z grupą spotkania. Bardzo mało czasu.
Coś, czy ktoś w moich myślach, ciągle nakazuje mi wracać do Bazyliki. Więc bez zastanowienia czynię to.
Wejście jest właściwie niemożliwe, by zmieścić się w trzech godzinach, gdyż teraz wchodzą ci, którzy stali na Mszy poza Placem - tłumy.
Decyduję się wejść w miejscu gdzie ochrona wypuszcza ludzi opuszczających Bazylikę. Jest to jednak niemożliwe. Policjanci nawet nie chcą ze mną rozmawiać. Każą obejść kilkanaście ulic, by z drugiej strony wejść z innymi przez właściwe bramki i ochronę. Jednak na to nie mam czasu. Stoję tam zrezygnowana i choć w tłumie, to jakby opuszczona przez cały świat, lecz stoję. Za mną kilkaset osób, tak jak ja chcących wejść, zostaje ciągle odsyłanych
i odpychanych przez policję. Jakimś cudem, jeden z policjantów chwyta mnie za ramię i każe przejść za barierkę. Podchodzi do mnie policjantka. W kilku zdaniach po angielsku wyjaśniam jej sytuację, jednak dalej nie jest łatwo przejść, choć od Bazyliki dzieli mnie ok. 50 metrów. Policjantka musi pytać o zgodę na moje wejście trzech swoich szefów. Absolutnie nie chcą się zgodzić, ale ona bierze mnie za rękę i mówi im, że sama mnie zaprowadzi i bierze za mnie odpowiedzialność. Gdyby nie ona nie weszłabym.
Dziękuję w sercu Panu Bogu i Ojcu świętemu, gdyż wiem, że to oni postawili ją na mojej drodze. Żegnając się, mocno ją ściskam i całuję, nie ukrywając wzruszenia i łez. Gdy odchodzi błogosławię ją w sercu przed Panem. 

Chwili obecności przy Relikwiach Ojca świętego nie da się wyrazić w słowach, więc nawet nie próbuję tego czynić.
Jest to błogosławione miejsce i błogosławiony czas w moim życiu.

Mocno przepełnieni Duchem Świętym, 2 maja opuszczany Rzym zmierzając najpierw na Monte Cassino a potem do San Giovanni Rotondo.
Zatopione wśród zieleni i przesiąknięte aromatem ziół miasto leży pośrodku opadających do Adriatyku wzgórz Gargano. Nasz pobyt łączy się z rocznicą beatyfikacji Ojca Pio – 2 maja.
Obok Błogosławionego Jana Pawła II, O. Pio to mój umiłowany święty.
W przeddzień kończę nowennę i litanię do świętego z Pietrelciny. Każdego dnia, już od wielu lat, odmawiam cały różaniec przez jego wstawiennictwo. Różaniec towarzyszy mi także w tym miejscu, choć jesteśmy mocno ograniczeni czasem.
Przed obrazem Matki Bożej Łaskawej, w głębokim zjednoczeniu z Bogiem, odmawiam tajemnicę Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia.
Na Chórze, przed Krzyżem, przed którym Ojciec Pio otrzymał stygmaty, odmawiam tajemnicę Zesłania Ducha Świętego. 
Przy relikwiach Ojca Pio, przeniesionych do nowego kościoła i spoczywających w podziemnej krypcie, w specjalnej kaplicy, której wystrój stanowią przepiękne mozaiki autorstwa ojca Marko Ivana Rupnika, trwam również na modlitwie różańcowej.
Ciało Stygmatyka spoczywa w srebrnej, nieprzezroczystej trumnie, wewnątrz centralnego filara, który stanowi podstawę na której wspiera się cała konstrukcja kościoła. Relikwiarz można oglądać przez specjalny otwór we frontowej części filara, przypominający kształtem ranę w boku zmartwychwstałego Chrystusa, ukazującego się uczniom w Wieczerniku. Pielgrzymi mogą podchodzić blisko relikwii i dotykać ich, wkładając rękę przez ten symboliczny otwór.
Dotykając ręką trumny z relikwiami odmawiam tajemnicę Wniebowzięcia i Ukoronowania Matki Najświętszej.
Wewnętrznie bardzo mocno przeżywam odwiedziny u Ojca Pio i łączę się z nim w modlitwie i w rozmowie w głębi swego serca.
Od wielu lat chcę mieć jego obraz w domu, lecz nigdzie nie spotykam tego właściwego. W pośpiechu zachodzę do sklepu z pamiątkami, lecz i tu nic nie zwraca mojej uwagi. Wychodzę ze sklepu, gdyż za chwilę jest Msza św. Wzrok kieruję nad drzwi wyjściowe, gdzie wisi to, czego szukam od lat. Wisi piękny obraz Ojca Pio, który gdzieś w głębi serca czuję, że jest już mój. Wydaję na niego wszystko co mam, jeszcze trochę dopożyczam. Uczestniczę we Mszy św. w miejscu gdzie przed laty żył i modlił się mój umiłowany Francesco Forgione, święty Pio z Pietrelciny.
Podczas Mszy, Ojciec Pio jest mocno obecny w moich myślach i w sercu.
Z całej modlitwy zostawia mi jedno zdanie, które najmocniej dotyka dziś mego serca
„ Nie daj Boże żebym miał się szczycić z czego innego jak tylko z Krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa…” - To zdanie, które O. Pio daje mi na drogę, przenika moje myśli i ciągle jest jakby przede mną, więc je pokornie zabieram w swoim sercu.

3 maja, w uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski dostajemy od Pana Boga kolejne łaski.
Napełnia nas nimi, niczym naczynie, po brzegi. Po śniadaniu, krótkim spacerze i zanurzeniu nóg w morzu Tyreńskim, jedziemy do Lanciano gdzie przechowywane są z wielką czcią dowody jednego z pierwszych i największych Cudów Eucharystycznych, jakimi został obdarowany przez Boga Kościół katolicki. Największy skarb Lanciano, monstrancja połączona z kielichem, w których zamknięto małe, ważące zaledwie kilkanaście gramów relikwie cudu, który miał miejsce 12 wieków temu.
 W VIII wieku, podczas Mszy św., którą odprawiał mnich bazylianin, po przeistoczeniu opadły go wątpliwości co do istotnej obecności Ciała i Krwi Pańskiej  w konsekrowanych postaciach chleba i wina.    
Przed oczami dręczonego pokusą przeciw wierze kapłana, biała Hostia przemieniła się
w cząstkę żywego ciała, a w kielichu zaś ujrzał prawdziwą krew, która zakrzepła, tworząc pięć cząstek różnej wielkości i kształtu (jakby krople z pięciu ran - bok, ręce i stopy).
W 1974 roku całą noc spędził na modlitwie u stóp relikwiarza, kardynał Karol Wojtyła. Pozostawił później w księdze pamiątkowej wpis następującej treści: „Spraw, abyśmy w Ciebie bardziej wierzyli, pokładali nadzieję i miłowali”.

Zupełnie nieoczekiwanie, dostajemy łaskę możliwości odprawienia Mszy św. przed ołtarzem, gdzie są przechowywane cudowne relikwie Cudu Eucharystycznego.
W żadnym razie nie uważam tego za przypadek, jak również w innych miejscach, gdzie właśnie przy świętych relikwiach dane nam jest uczestniczyć w danym dniu we Mszy św.

Od ponad dwóch lat, po przeczytaniu książki Paula Badde, niemieckiego dziennikarza - watykanisty, „Boskie Oblicze” mam nieodpartą ochotę być w miejscu, które opisuje - w Manopello. Program pielgrzymki nie obejmuje wizyty w tym miejscu, jednak łaska Pana jest wyczuwalnie przy nas, wybiega dużo dalej poza program naszej z góry zaplanowanej drogi. 
Chusta z Manopello jest niewielkim kawałkiem tkaniny o 17 na 24 cm, oprawionym
w masywną, zdobioną, drewnianą ramę. Owa tkanina to bisior - w starożytności horrendalnie droga, dziś niemal bezcenna, bo wyrabia się ją w jednym tylko miejscu na świecie, na małej wysepce u brzegów Sardynii. Bisior, zwany też jedwabiem morskim, powstaje z wydzieliny pewnego gatunku małży. Jest cienki, lekki jak piórko, połyskliwy i przejrzysty. Nie ima się go ogień ani żaden rozpuszczalnik. 
Eksperci nie stwierdzili na powierzchni tkaniny śladów żadnej farby.
Paul Badde formułuje w swojej książce teorię, że na Całunie Turyńskim widnieje twarz Jezusa zmarłego, zaś z Chusty z Manopello patrzy na nas Chrystus Zmartwychwstały.

Tego dnia mamy zaszczyt i łaskę spojrzeć w prawdziwe Oblicze Pana!
Tu modlę się na różańcu. Tu nie da się powstrzymać łez wzruszenia. Całuję swoją dłoń i dotykam nią szybę, dzielącą mnie od Jego Oblicza. Zostawiam Panu swój pocałunek - wierności, ufności i mojej miłości do Niego. Nie da się opisać tego, co czuje się patrząc w Oblicze Pana.

Otrzymujemy kolejną łaskę tego dnia. Jesteśmy  u naszej Matki w Loreto.
Loreto leży na jednym z łagodnych wzgórz regionu Marche we Włoszech, w odległości około 30 km od Ankony. To małe, niepozorne miasteczko kryje prawdziwy skarb: trzy ściany Domku Rodziny z Nazaretu, Domu Maryi. Został on przeniesiony z Nazaretu przez grecką rodzinę Angeli, która chciała w ten sposób uchronić go przed zniszczeniem. Wchodzimy tu zaledwie na chwilę, ograniczeni czasem.
W krótkiej modlitwie oddaję cześć Panu Bogu i Matce Najświętszej, przytulając się i całując ściany Świętego Domu.
W chwili wolnej na zakup pamiątek ja wracam z powrotem do Świętej Kaplicy.
Klękam. Przytulam twarz do Ściany, odmawiam cały różaniec, litanię Loretańską.
Przenika mnie to miejsce, ten czas, łaski tego dnia i pewnie sam Duch Święty.

Jedno tchnienie, czy jakaś myśl, stają się tu, w tej drodze, spełnieniem, niby za dotknięciem magicznej siły.
Tego dnia mam ochotę popływać w Adriatyku, lecz nie mówię o tym nikomu, nawet nie wiem gdzie będzie nasz nocleg. Wieczorem, po kolacji, idziemy nad morze, przy którym jest nasz hotel. Jako jedna z niewielu zanurzam się w wodach Adriatyku, spełniając to, na co jeszcze dziś mam tak wielką ochotę.

4 maja. Kolejny dzień wita nas deszczem i silnym wiatrem. Dzień pobytu w Wenecji.
Ja, wbrew aurze, ubieram się w krótsze białe spodnie i przewiewną bluzkę, gdyż  chcę spędzić ten dzień w słońcu. Inni ubrani są w długie ciepłe spodnie i bluzy. Nie proszę Pana Boga o słońce na ten dzień, lecz mam w sobie tego bardzo wielka ochotę.
Jedziemy w deszczu, lecz Wenecja wita nas pięknym słońcem, choć lekko chłodnym wiatrem. W miarę upływu czasu, niebo robi się prawie bezchmurne i ustępuje zimny wiatr.
Nie trudno zauważyć, że Pan Bóg, tym co Go miłują, nie żałuje łask!
Największą radością dnia jest pobyt w przecudnej Bazylice św. Marka Apostoła i cudem, kolejną łaską, uczestnictwo we Mszy św. w krypcie Bazyliki przy relikwii św. Marka Apostoła.
Po zwiedzeniu przepięknych uliczek Wenecji, jak magnes, ciągnie mnie na Plac św. Marka. Choć Bazylika jest już zamknięta, na jej schodach, wygrzewając się w słońcu, siedzę w modlitewnym skupieniu z nieodłącznym towarzyszem, różańcem w dłoni, odmawiając nie wiem który już, kolejny raz, tego dnia.
Nie przeszkadzają mi hałaśliwe grupy, wyjątkowo liczni przechodnie.
Nic nie jest w stanie wytrącić mnie z modlitewnego skupienia.
Pan Bóg, swoją obecnością, wypełnia mnie, moja duszę, po brzegi. Jest niesamowity.

Ta pielgrzymka, jej droga, jest również jakby moją drogą do Emaus.
Drogą na której spotykam Pana. I zauważam Go. Choć to zrozumienie przychodzi dopiero później.
Zauważam w osobie siostry Cecylii, starszej pani w wieku 72 lat. Chorej, niezbyt przygotowanej do tej trudnej pielgrzymki, niezbyt radzącej sobie w różnych sytuacjach, niezbyt znającej specyfikę i funkcjonowanie wielkich miast.
Pan Bóg stawia ją na mojej drodze, obok w autokarze, w pokoju na noclegach, przy stole. Od samego początku do końca czuję się w sercu zobowiązana by opiekować się nią, przez całą drogę, choć wcale nie muszę tego robić.
Jest osobą starszą i najstarszą w grupie, trzeba umieć dostosować się do kogoś w tym wieku z największą wewnętrzną cierpliwością i też z oddaniem drugiemu człowiekowi.
Przez całą drogę nie mam w sobie odrobiny wyrzutu, złości, niechęci czy znużenia względem niej, a jedynie chęć pomocy i służenia w każdej możliwej chwili czy potrzebie.
Nie wiem skąd mam w sobie aż tyle cierpliwości, ciepła i oddania jej. To raczy wiedzieć jedynie Bóg.

W drodze powrotnej przemyślam jeden z trzech snów, w których śni mi się Ojciec święty Jan Paweł II.
W kwietniu 2008 roku śni mi się po raz pierwszy.
Jestem w jakimś dużym, wcześniej nieznanym mi miejscu, wcześniej nieznanym mi mieście, na dużym placu tego miasta. Jest lekki półmrok. Wiem, że odbywa się tu jakaś uroczystość. Mam odczucie, że jest to wielka uczta na czyjąś cześć, choć nie ma tam stołów, a jedynie dużo stojących dookoła ludzi.
Nagle pojawia się przede mną Ojciec św. Udziela mi i obok stojącej jakiejś nieznanej mi kobiecie błogosławieństwa. Ja, stojąc tak przed nim w milczeniu, pochylam głowę, wiem, że tak należy uczynić, choć w tym śnie nic z tego nie rozumiem.
Ojciec święty ujmuje mnie rękoma za skronie i tak trzymając z pochyloną głową długo odprawia nade mną jakąś modlitwę. Czuję Jego świętość.
Potem ręką robi przede mną duży znak krzyża i podobnie postępuje z tą kobietą obok, z tą różnicą, że jej nie dotyka za skronie, a tylko błogosławi znakiem krzyża.
Moje sny bardzo dużo mi pokazują.
Ten w pełni rozumiem dopiero po opuszczeniu Rzymu.

Pielgrzymkę kończymy 5 maja, Mszą św. w Szymanowie, w Sanktuarium Matki Bożej Jazłowieckiej, gdzie zostawiamy, towarzyszące nam
w drodze, dwie przemiłe siostry zakonne.
Dla jednej z nich s.Wirginii mam szczególną wdzięczność. Udzieliła mi cennych rad odnośnie przecudnej modlitwy brewiarzowej, na której od miesiąca modlę się.

Wracając do domu, do moich bliskich, z wdzięcznością Panu Bogu, zabieram ze sobą, w swoim sercu, bezcenny i błogosławiony czas pielgrzymowania.

Renata

Offline renata2-1906

  • początkujący
  • *
  • Wiadomości: 5
    • Zobacz profil
Odp: PIELGRZYMKA DO RZYMU
« Odpowiedź #1 dnia: Lipiec 04, 2011, 12:40:01 »
Koniec oktawy Bożego Ciała i wczoraj Odpust Serca Jezusowego w naszej parafii.
W samym jakby sercu, środku tych wydarzeń, dla mnie niezwykle przepełnionych obecnością Pana, śni mi się, po raz już czwarty w moim życiu, Ojciec św. Jan Paweł II.
Zupełnie jakby prześladował mnie. Sam jakby chodzi za mną, mimo iż wcześniej wcale nie byłam tak blisko niego.
Sen bardzo odbiega swą scenerią od poprzednich i postać Ojca św. jest pokazana zupełnie inaczej. Leży chory, cierpiący, mocno zbolały, lecz mimo to uśmiecha się do mnie przez ból cierpienia. Wygląda tak jak w ostatnich dniach swego życia. Ja jestem blisko, obok niego, nawet bardzo blisko, gdyż go dotykam, pomagam poprawić się na łóżku, na którym leży. Cały czas do niego mówię.
Opowiadam o wszystkim co dzieje się w moim życiu, w naszym życiu. Bez przerwy mówię. A on tylko patrzy na mnie i uśmiecha się bez słowa. Mówię mu, że mój syn uczy się na pilota w Dęblinie, bo wiem że Papież lubi jak ludzie kształcą się pięknie, chcę uradować tym jego serce. Mówię, że byłam na jego beatyfikacji w Rzymie - tu bardzo się uśmiecha... Mówię, że dostałam wielką łaskę u Pana i mam teraz z Jego woli swego kierownika duchowego, Ojca duchowego - w tej chwili twarz Ojca św. jaśnieje w tym jego bólu i rysuje się niej niezwykle ciepły uśmiech, taki zupełnie inny od poprzedniego. Ciągle mówię, a on słucha. I cały czas mimo cierpienia ma uśmiech na twarzy.
Na koniec Papież pyta o moich rodziców i prosi abym przekazała im pozdrowienia od niego.
Wychodząc mówię do niego radośnie
 - Do zobaczenia, mam nadzieję, że w niebie.
Żegna mnie swoim ciepłym, takim niezwykłym uśmiechem i milczeniem.
Wychodząc mam świadomość w tym śnie, że mój czas spotkania się już kończy, bo inni czekają by teraz do niego wejść.
Zamykam za sobą drzwi i sen się urywa.


Uśmiech w cierpieniu...  Mój Boże, jakie to trudne...
Przychodzi mi taka myśl (a jak mawiał Jan Paweł II jeżeli przychodzi myśl to należy ją rozważyć, bo ta myśl, jeżeli jest czysta, pochodzić może od Ducha Swiętego) powinniśmy być, a przynajmniej starać się być, apostołami uśmiechu, wbrew trudnościom, wbrew przeciwnościom, na przekór temu co zdawałoby się za ciężkie...
Dawać uśmiech tym, którym jest jeszcze trudniej niż nam samym...
Piękne wyzwanie - nie zważając na siebie samego, tak po prostu ...być apostołem uśmiechu...

Renata